życie umysłowe

Najlepszy blog o rzeczach oczywistych. Niby oczywistych

Miedwieżonok, który nabrał Herlinga

brown-bear-529096_1280To jest historia o cyrkowym misiu, który wprawił w zdumienie mitycznego Niemca Wolfganga i nabrał wielkiego polskiego pisarza Gustawa-Herlinga Grudzińskiego.

Trochę wspomnień o moim największym sukcesie dziennikarskim, czyli historii, jak mi się wydaje wyssanej z palca, choć może nie całkiem, którą zainteresował się sam Herling-Grudziński.

W połowie lat dziewięćdziesiątych prowadziłem w „Gazecie Współczesnej” rubrykę pt. „Klasyczna szkoła obyczaju”. Zamieszczałem w niej zabawne, obyczajowe i aktualne opowieści,  oparte na faktach, ale tak ubarwione literacko, że w efekcie „trochę” od tych faktów odbiegające. A kiedy nie było faktów, bo zabawne wydarzenie nie dzieją się codziennie, korzystałem z doświadczenia innych.

Przypomniałem sobie kiedyś zasłyszaną opowieść, podobno zamieszczoną w latach osiemdziesiątych w nowojorskim „Nowym Dzienniku” o radzieckim sekretarzu polującym w Polsce na niedźwiedzie. Już wtedy ta historia wydawała mi się mocno naciągana i skonstruowana na potrzeby propagandowej walki z komunizmem. W latach dziewięćdziesiątych komunizmu już nie było. postanowiłem więc tego sowieckiego sekretarza przerobić na niemieckiego kapitalistę, mającego zamiar inwestować w Polsce. I wyszła mi taka historia, którą przytaczam bez zmian:

Miedwieżonok

W B., miejscowości przy wschodniej granicy, z niecierpliwością oczekiwali na inwestora. Z Niemiec miał przyjechać. A właściwie z Rosji. To znaczy on był Niemcem i nazywał się Wolfgang, ale przed przyjazdem do B. najpierw pojechał do Rosji. Po to samo – rozejrzeć się, gdzie zainwestować pieniądze.
Tej Rosji w B. najbardziej się obawiali. Że Niemiec Wolfgang tam ulokuje swoje marki, zamiast kupić naszą polską zdychająca fabrykę. Tej zdychającej fabryce mógł już pomóc tylko zagraniczny kapitał. Duży kapitał. Pół miasta w tej fabryce pracowało.
Posprzątali, trawniki wygrabili, burmistrz szyldy kazał odmalować – czekają.
Przyjechał Wolfgang – jak to Niemiec – mercedesem. Burmistrz przywitał go chlebem z miejscowej piekarni i solą z Wieliczki. Niemiec Wolfgang cały szczęśliwy. Śmieje się. Jeszcze nawet fabryki nie zobaczył, a już się cieszy.
I z czego on się tak cieszy? Wkrótce się wydało. Podczas bankietu, jak sobie Niemiec Wolfgang popił, to przestał używać tylko niemieckich wyrazów, a zaczął od czasu do czasu powtarzać jedno słowo – ”miedwieżonok”.
Co to u licha za miedwieżonok? Wezwali tłumacza – niech wyjaśni. Tłumacz poszwargotał z Niemcem Wolfgangiem i powiada.
– Pana Wolfganga Rosjanie bardzo serdecznie ugościli. A najbardziej podobało mu się polowanie na niedźwiedzia, które mu zafundowali. Pan Wolfgang utłukł wielką bestię. A teraz czeka, że mu do Monachium przyślą łeb ze skórą, to sobie położy przed kominkiem. Ale pan Wolfgang ma dwa domy i dwa kominki, więc się pyta, czy u nas też jest miedwieżonok.
Pewnie, że jest i to niejeden. U nas miedwieżonków jak bocianów, a zimą to nawet więcej, bo nie odlatują do ciepłych krajów. Pan burmistrz zaprasza pana Wolfganga za dwa dni na polowanie do Puszczy Białowieskiej.
Jasne, że miedwieżonok musi być, bo Niemczura zabierze swoje marki do Rosji.

Burmistrz był człowiekiem zaradnym, nie takie rzeczy załatwiał, więc i z niedźwiedziem sobie poradzi. Kazał dzwonić po ogrodach zoologicznych, czy nie mają na zbyciu jakiegoś niedźwiedzia, bo w B. akurat potrzebują. Nie mieli. Wszyscy byli do swoich misiów przywiązani. Z zagranicy też nie można było tak szybko sprowadzić.
I kiedy wszyscy oczami wyobraźni widzieli, jak popakowane w walizki niemieckie marki razem z wkurzonym Niemcem Wofgangiem przekraczają naszą granicę, portier z magistratu przyszedł do burmistrza i powiada, że on dwa dni temu był w sąsiednim miasteczku i widział plakaty informujące o wizycie cyrku. A w programie były występy niedźwiedzi.

Burmistrz osobiście pojechał do tego miasteczka pogadać z dyrektorem cyrku, czy nie zbywa mu jakiś niedźwiedź. Owszem, zbywa jeden wyliniały niedźwiedź, który jest już za stary do cyrkowych sztuczek i trzeba będzie go uśpić. Ale tanio go nie sprzeda.
Dogadali się, bo burmistrz wcale nie miał zamiaru tanio kupić, więc do ceny niedźwiedzia dołożył jeszcze ufundowanie z miejskiej kasy wszystkim mieszkańcom B. biletów do tego cyrku i to za każdym razem, kiedy tylko cyrk raczy do B. zawitać.

Potem zawieźli miedwieżonka do lasu i dali na przechowanie leśniczemu. – Jak Niemiec Wolfgang przyjedzie polować, leśniczy uwolni miedwieżonka z klatki.
Na drugi dzień rano wywieźli Niemca Wolfganga do puszczy, uzbroili w sztucer, posadzili w krzakach i kazali czekać aż naganiacze nagonią zwierzynę.

Leśniczy otworzył klatkę, ale bydlaka trzeba było siłą z niej wyganiać, bo miedwieżonok nie dość że stary, to jeszcze w życiu lasu nie widział. W końcu urodził w niewoli. Przerażony z powrotem pakował się do klatki, więc rzeczywiście musieli gonić go w kierunku Niemca.
Wolfgang siedział i czekał z bronią gotową do strzału. Aż się doczekał. Patrzy – idzie niedźwiedź. Trochę go zdziwiło, że nie przedziera się przez chaszcze tylko maszeruje leśną drogą. Nic to jednak nie szkodzi. Przymierzył. I już miał nacisnąć spust, kiedy kątem oka zobaczył, że z przeciwnej strony nadjeżdża ktoś na rowerze.

Był to listonosz. Prędzej diabła spodziewałby się tu spotkać niż niedźwiedzia. Mało serce ze strachu mu nie wypadło. Rzucił więc rower na środku drogi, a sam na drzewo.
Miedwieżonok jednak wcale się nim nie interesował. Patrzy Niemiec Wolfgang, co ten polski miedwieżonok będzie robił. A on wsiadł na rower listonosza, zawrócił… i tyle go widzieli. Pojechał z powrotem do klatki, bo był jeszcze bardziej przestraszony od listonosza. Okazało się, że ten miedwieżonok w młodości jeździł w cyrku na rowerze.
Niemiec Wolfgang spakował się a na odjezdnym powiedział, że w kraju, w którym niedźwiedzie jeżdżą na rowerach inwestował nie będzie. Za duże ryzyko.
Mieszkańcy B. są więc dalej niepewni, co do swojej przyszłości. Za to mają co kilka miesięcy cyrk za darmo. Handlowy efekt umowy między burmistrzem a dyrektorem.

Pojawia się Herling

Historia ta narobiła sporo szumu w kraju, bo były to czasy, w których ludzie jeszcze czytali gazety. Zaczęli do mnie wydzwaniać dziennikarze z różnych redakcji, żebym dał im namiary na ludzi z tej historii, bo oni dostali od swoich naczelnych zlecenie na napisanie jeszcze raz tego materiału. A ja się migałem, bo namiarów oczywiście nie miałem, ale też i nie chciałem z nikim ta historią się dzielić. Pamiętam, że najbardziej upierdliwy był wówczas dziennikarz Urbanowskiego „Nie”, wtedy najbardziej poczytnej gazety w kraju. Dziennikarz tej redakcji nachodzi mnie osobiście, a ja kazałem mu się za każdym razem gonić, wymigując się brakiem ochoty na współpracę z „gadzinówką”.

Minęło kilka tygodni, spawa przycichła i kiedy wydawało się, że już całkowicie odeszła w zapomnienie, pojawił się u mnie kumpel, bardzo dobry, doktor na wyższej uczelni, który śledził wszystko, co się ukazywało w literaturze i zarzucił mi wykorzystanie historii opisanej przez Gustawa Herlinga- Grudzińskiego w „Dzienniku pisanym nocą”. Pisarz prowadził wówczas kolejną część tego dziennika na łamach „Rzeczpospolitej” i właśnie tam miała znaleźć się ta opowieść, czy też wzmianka o niej.

Ponieważ aż na tyle głupi nie byłem, żeby podkradać tematy od wielkiego pisarza, poprosiłem kumpla, żeby porównał daty opublikowania obu tekstów i okazało się, że moja historia ukazała się wcześniej.

Byłem dumny. Oczywiście nie sądziłem nawet przez sekundę, że wybitny pisarz wykorzystał mój tekst. Przeciwnie, byłem pewny, że nie widział go na oczy. Sadziłem natomiast, że ta historia zaczęła żyć własnym życiem i jej echa dotarły do uszu pisarza.

Niestety, byłem za głupi, żeby to sprawdzić. Nigdy do Herlinga-Grudzińskiego nie zadzwoniłem, żeby mu o tym opowiedzieć. Pewnie z obawy, że mnie zbeszta, albo, co gorsza, zupełnie oleje.   Nigdy też tej historii (raczej wzmianki) w opisie Grudzińskiego nie czytałem. Tak się jakoś złożyło. Chodziłem z głową w chmurach, za bardzo było mi z tym dobrze, żebym sam chciał się z tych chmur ściągnąc na ziemię. A tak naprawdę to dziś nie mogę być nawet pewien, czy kumpel mnie nie nabrał. Zmarł przedwcześnie i dziś mogę tylko dobijać się do Pana Boga, żeby pozwolił mu się odezwać.

A może ktoś z Was czytał tę historię gdzieś poza „Gazetą Współczesną”, niekoniecznie u Grudzińskiego, gdziekolwiek. Dajcie znać, koniecznie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 20 Listopad 2015 by in Bez kategorii and tagged , , , , .

Kategorie

życie umysłowe na facebooku

Follow życie umysłowe on WordPress.com

Kategorie

życie umysłowe na facebooku

Statystyki bloga

  • 527,752 hits
%d bloggers like this: