życie umysłowe

Najlepszy blog o rzeczach oczywistych. Niby oczywistych

Ludzie, jak zepsute lalki

Dzień był mroźny jak diabli. Minus 20 stopni w dzień. 15 luty, rok 1979. Dobiegała końca dekada Gierkowska. Zanim zmiótł ją gorący sierpień następnego lata, trzeszczała w mrozach zimy 1979 roku.

img_5893

W warszawskiej Rotundzie, w której mieścił się Bank PKO wysiadło ogrzewanie. Epoka sukcesu kończyła się nieustającymi awariami. Tak, że można było się nawet do nich przyzwyczaić. Trudno było jednak wytrzymać w przeraźliwym chłodzie. A temperatura w pomieszczeniach banku spadła poniżej zera.

Była 12.37. Ruch duży. Ponad trzystu klienów, obsługiwanych przez 170 pracowników. Podstawowym dokumentem upoważniającym do konta była wówczas książeczka oszczędnościowa. Trzeba było z nią stawić się przed kasą, żeby kasjerki mogły przyjąć bądź wydać gotówkę.  Jednak nie tylko kasjerki marzły tego dnia w Rotundzie. Dział księgowości zatrudniał również sporo osób.

Niewiele minut zostało do końca zmiany. Ale księgowa Wiesława Kowalczyk poczuła, że dłużej nie jest w stanie w tym chłodzie wytrzymać. Musi się rozgrzać. Pracowała na drugim piętrze. Zeszła więc na pierwsze piętro w nadziei, że zaparzy tam sobie  herbatę.

Piotr Kołodziejczyk, student, akurat wszedł do sali bankowej ze swoją dziewczyną. Już ponad rok studiował aż w Rostowie nad Donem. Teraz był jednak w Warszawie. Przyjechał do centrum, bo usłyszał, że w Domach Towarowych Centrum pojawiły się spodnie sztruksy. Wszedł do Rotundy, żeby pobrać na te sztruksy pieniądze.

Podszedł z dziewczyną do wolnego okienka, podał kasjerce książeczkę oszczędnościową i poprosił o wypłatę 1500 złotych.

Księgowa Wiesława herbaty nie zaparzyła. Okazało się, że oprócz ogrzewania wysiadła elektryka. Żadne urządzenie nie działało. Wróciła na górę z pustą szklanką w metalowym koszyczku. Ale do biurka już dojść nie zdążyła. Nagle poczuła, że unosi się w górę, a ułamek sekundy później usłyszała potężny huk. Potem już tylko spadała. To wszystko, co pamięta. Przytomność odzyskała dopiero w szpitalu.
Student Piotr odebrał pieniądze, ale zamiast udać się w kierunku wyjścia zatrzymał się i razem z dziewczyną postanowił sprawdzić, czy kasjerka nie pomyliła się i w książeczce oszczędnościowej wpisała odpowiednią kwotę. Czynność ta zajęła obojgu kilkadziesiąt sekund, które uratowały im życie. Piotr zdążył jeszcze zauważyć, że podłoga przed nimi uniosła się w powietrze. Razem z ludźmi. Potem dowiedział się, że wszyscy, którzy stali przed nim zginęli. Gdyby nie zatrzymał się na chwilę, też byłby na tej unoszącej się podłodze. A tak… Zapamiętał, że „zasnął”.

Świadkowie z ulicy opowiadali później, że widzieli, jak Rotunda niczym bańka unosi się w powietrze, rozpęka na pół i wali na ziemię. Zadziwiające, że skorupa Rotundy nie rozleciała się, tylko  osiadła na krawędziach wielkiej dziury w ziemi, która powstała po zapadnięciu się wnętrza budynku.

Z tej dziury ratownicy wciągali chwilę później ludzi. Jak potem opowiadał filmujący katastrofę operator TVP, ci ludzie wyglądali jak zepsute lalki. Powykręcane w nienaturalnych pozach. Żywe odwożono do szpitali. Nieżywe były układanie na chodniku. Głową w kierunku ulicy Marszałkowskiej.

Piotr Kołodziejczyk tak opowiadał o tym w Radiu Białystok: – „Obudziłem się gdzieś na dole. Wiem to, bo później wyciągano mnie na powierzchnię na jakiejś linie. Kiedy odzyskałem przytomność czułem się tak, jak może czuć się przysypany górnik. Leżałem twarzą do ziemi z rozłożonymi rękami, nie mogłem wykonać żadnego ruchu, nic nie czułem, nic nie widziałem. Po twarzy spływała mi krew. Nie było ze mną najlepiej. Słyszałem jedynie jednostajny dźwięk kapiącej wody. Kropla po kropli, a pomiędzy tym przerażająca cisza. Powoli zaczęło do mnie docierać, co się stało. Nie chciałem umierać. Byłem młody. Miałem dopiero dwadzieścia dwa lata. Zapragnąłem żyć za wszelką cenę, bez nóg, bez rąk, na wózku, ale żyć. Marzyłem o tym, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Mroźnego, zimowego powietrza. Niestety zauważyłem, że ziemia coraz bardziej się na mnie osuwa i już zaczyna mi brakować tlenu. W tym momencie się poddałem, pogodziłem się z własnym losem. Najbardziej żal mi się zrobiło moich rodziców. Wyobraziłem sobie własny pogrzeb. Okropne, ale faktycznie zastanawiałem się, kto na nim będzie. Kto z bliskich, kto z przyjaciół… I wtedy gdzieś z oddali dodarł do mnie niewyraźny dźwięk czyichś kroków. Ostatkiem sił spróbowałem wydobyć z siebie głos, żeby dać znać, że jestem, że jeszcze żyję. Chyba coś udało mi się wykrztusić, bo nagle usłyszałem: „Tam ktoś jest!”. Przeraźliwy ból, jakiego doznałem, gdy dotknięto moich połamanych nóg, zmieszał się z niewyobrażalnym poczuciem szczęścia, wynikającym z ocalenia. Uratowali mnie strażacy. W ostatniej chwili”.

Wszędzie przewalało się mnóstwo papierów, głównie książeczek oszczędnościowych i banknotów. Niektórzy świadkowie twierdzą, że ludzie zajęci ratowaniem ofiar nie mieli czasu, żeby zwracać uwagę na gotówkę. Ale inni opowiadają, że znalazło się tam wtedy jednak sporo hien, zainteresowanych wyłącznie kasą.
Do dzisiaj zresztą trwają spekulacje, co stało się z pieniędzmi zdeponowanymi wtedy w Rotundzie. Część kasy będącej w bieżącym obrocie rzeczywiście mogła zostać rozkradziona. W banku był jednak jeszcze dodatkowo potężny sejf, który z pewnością po wybuchu pozostał nienaruszony. Nie wiadomo, co się z nim i dużą gotówką wewnątrz stało.

Co pamiętam z tej tragicznej katastrofy? Spekulacje. Ludzie spekulowali, że był to zamach. Widać, że już wtedy mieliśmy skłonności do wiary w spiskowe zamachy. Ładunek miała podłożyć opozycja. Nawet nie wiedziałem, że jest ona w Polsce. Polityką na serio zainteresowałem się dopiero rok później.

Z mojego otoczenia nikt raczej nie wierzył w wyjaśnienia władzy ludowej, że wybuchł gaz. W budynku, w którym nie było instalacji gazowej!? Nic dziwnego, że plotkowano o podłożonej bombie. Możliwe zresztą, że sama władza rozpowszechniała taką teorię, żeby zohydzić opozycję.

A jednak to był gaz. Z sąsiedniego budynku. W upadającym już socjalizmie, ustroju powszechnej niemocy i tumiwisizmu, dostał się do Rotundy. Już na etapie planowania popełniono błąd i kanał komunikacyjny Rotundy zaplanowano zbyt blisko instalacji gazowej sąsiedniego budynku. To był początek łańcucha zaniedbań. Potem komuś z lenistwa nie chciało się w odpowiednim czasie sprawdzić szczelności instalacji, następnie jakiś robotnik zbyt mocno dokręcił zawór bezpieczeństwa, w końcu nikt się specjalnie nie przejął zapachem gromadzącego się w podziemiach gazu Rotundy, dostającego się przez kanał komunikacyjny.

Tych nieodwracalnie zepsutych lalek, czyli ofiar śmiertelnych było 49. Rannych – 110. Przeprowadzono śledztwo. Odnaleziono nawet tego robotnika, który zbyt mocno dokręcił zawór bezpieczeństwa. Ale nikomu nie postawiono zarzutów. Rotundę, zniszczoną w 70 procentach, Gierek odbudował w rekordowym tempie siedmiu miesięcy. Władza nie mogła sobie pozwolić na to, żeby w centrum  odbudowanej stolicy trwała nowa ruina, symbol już zrujnowanej gospodarki.

Piotr Kołodziejczyk został pisarzem. Do swoich przeżyć powrócił w dwóch powieściach –  „Klępy śpią” i „Nie rób mi tego”.

Wiesława Kowalczyk co roku składa pod Rotundą kwiaty swoim tragicznie zmarłym koleżankom z księgowości.

Piotr Kołodziejczyk do dzisiaj ma tą samą, historyczną książeczkę oszczędnościową. Oszczędza w niej wspomnienia.

Najbardziej znane zdjęcie świata    Syn księdza przyspiesza    Czołówka męża z żoną

4 comments on “Ludzie, jak zepsute lalki

  1. dee4di
    10 Marzec 2016

    Miałam wtedy 5 lat i żyłam w socjaliźmie w błogiej nieświadomości. Dopiero teraz nauczyłam się rożne wspomnienia z wczesnego dzieciństwa ubierać w kształty. Tu, gdzie mieszkam nikt się nie moze nadziwić w jakich żyliśmy czasach

    Liked by 1 osoba

    • Nineczka
      12 Marzec 2016

      Ty wówczas miałaś 5 a mnie zostało pół roku do narodzin, pozdrawiam

      Liked by 1 osoba

  2. Grażyna Waryszak
    10 Marzec 2016

    Tego dnia przyjechałam pociągiem do Warszawy z Gliwic na uczelnię, było już chyba kilka godzin od wybuchu, słyszałam jednak syreny pogotowia i straży pożarnej i widziałam jeżdżące karetki, nie wiedziałam co się stało, a przejeżdżając koło Rotundy, widziałam już pierwsze ogrodzenia miejsca tragedii i dużo służb dookoła. Dopiero w mieszkaniu u koleżanki dowiedziałam się o wybuchu gazu. Byłam wstrząśnięta i zawsze kiedy jestem w Warszawie i przejeżdżam koło nowej placówki – wspominam to zdarzenie i myślę ze współczuciem o ofiarach i ich bliskich.

    Liked by 1 osoba

  3. Pingback: Trzech mocno podejrzanych  | życie umysłowe

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 9 Marzec 2016 by in Bez kategorii.

Kategorie

życie umysłowe na facebooku

Follow życie umysłowe on WordPress.com

Kategorie

życie umysłowe na facebooku

Statystyki bloga

  • 527,752 hits
%d bloggers like this: