życie umysłowe

Najlepszy blog o rzeczach oczywistych. Niby oczywistych

Mój Klenczon

Występowałem na tych samych deskach, co Krzysztof Klenczon. Wow! Ale czad!

KLENCZON

 

Pamiętam. Jakby to było wczoraj. Kino „Kolejarz” w Łapach, miasteczku pod Białymstokiem. A przed kinem tłum. Nie wiem, ilu nas tam było, miałem tylko siedem, może osiem lat. Myślałem, że całe Łapy zwaliły mi się na moją małą głowę, bo moja mała głowa sięgała najwyżej do piersi dorosłego tłumu, więc musiałem na nią uważać

Nie wiem, który to był rok dokładnie. Może 1966, może 67. Czekaliśmy. Wszyscy czekaliśmy na Czerwone Gitary. W napięciu radosnym, bo oto przyjeżdżały do nas gwiazdy formatu dla nas niespotykanego.

Nie miałem żadnych szans na wejście do środka, na koncert. Absolutnie żadnych. Bilety były nie do zdobycia. To pewne. Nie było też ze mną moich rodziców.  Oni byli na etapie Filipinek i przeboju „Batumi”, nie rozumieli zespołu, który reklamował się, że gra najgłośniej w Polsce. Byłem sam, a dziecka bez opieki nikt by do środka nie wpuścił.

Niby byłem w tłumie, ale tak naprawdę samotny, zbolały i smutny, bo wiedziałem, że jedyne, co jest mi tu dane, to poczuć smak wielkiego wydarzenia, a może, jak będę miał szczęście, zobaczyć moich idoli. A jak ich zobaczę, to potem będzie mi jeszcze bardziej smutno, bo nie usłyszę, jak grają.

Tłum zafalował i wydał z siebie okrzyk: Jadą! Jechali, rzeczywiście wjeżdżali w tłum autobusem. Tłum się rozstępował, a autobus wolniutko podjeżdżał do bramy  „Kolejarza” gdzie miał się odbyć koncert. Aż wreszcie w tym tłumie ugrzązł. Niedaleko mnie.

Co z tego, że niedaleko, skoro byłem mały. Gówno widziałem! Tak, gówno, bo choć byłem mały, to potrafiłem już w duchu zakląć, zwłaszcza, kiedy czułem się bezsilny.

Zacząłem się więc przepychać zrozpaczony, że jedyne co mi pozostanie po tym wydarzeniu to będzie to gówno, które widziałem. I się w końcu dopchałem w okolice autokaru. Może tylko trzy rzędy ludzi oddzielały mnie od pojazdu.  Na koniec, ale się przepchałem. Wszyscy już zdążyli wysiąść i przejść do kina poza Nim. Został sam w autobusie. Nie wiem, dlaczego. Może to był Jego sposób na wzbudzenie zainteresowania, a może się zamyślił. Siedział przy oknie. Ten, który miał zawładnąć moją wyobraźnią na kilka lat. Krzysztof Klenczon.

Nagle wstał. Podszedł do przedniego wyjścia, stanął w drzwiach i głośno westchną. I cały tłum westchnął razem z Nim, a potem się roześmiał. Klenczon też się uśmiechnął, zszedł po schodkach z autobusu na jezdnię i tyle go widziałem, bo byłem za mały, nawet na palcach, żeby zajrzeć przez ramię wyprzedzających mnie dorosłych. Jak ja wtedy nienawidziłem być małym.

Potem tłum się rozpłynął. Część została wchłonięta  przez kino, cześć rozpłynęła się po domach. Zostałem sam na chodniku, bo miałem nadzieję, ze jeszcze coś się wydarzy. Ale nic się nie wydarzyło. Kręciłem się przy drzwiach wyjściowych, przykładałem ucho do nich w nadziei, że coś usłyszę, szukałem szpary w deskach, bo może coś zobaczę. Ale nic nie usłyszałem, ani nie zobaczyłem. Wcale nie dlatego, że kino było jakoś szczególnie wyciszone. Oni, jak mi się dziś zdaje, jeszcze długo przygotowywali się do występu, zanim wyszli na scenę.

Zaczęło zmierzchać. Musiałem wracać do domu. Ale nie wracałem sam. Był już ze mną Klenczon . I został na parę lat. Lubiłem go najbardziej ze wszystkich członków zespołu. Dlatego, że był najbardziej łobuzerski i to mi imponowało.Moje siostry cioteczne podkochiwały się w Krajewskim, ale dla mnie był on za słodki. Klenczon śpiewał szorstko, nieco ochryple, to było naprawdę coś, był najbardziej z nich wszystkich rockowy.

Wtedy też znienawidziłem akordeon. To był wówczas w Łapach najbardziej popularny instrument, gdyż występował w roli głównej na każdym weselu i potańcówce oraz akademii ku czci. Ale czy wyobrażacie sobie, żeby Czerwone Gitary grały na akordeonach? A rodzice zmuszali mnie do nauki gry na tym instrumencie. Chyba im imponowało, że mają uzdolnionego syna. Bo w Łapach za szczyt uzdolnienia uchodziła umiejętność gry na akordeonie.

klenczon01

Jak widać, wyobraźni mi nie starczyło

Pisząc ten teks uświadomiłem sobie, że przecież wtedy, kiedy Klenczon przybył do Łap, ja też byłem muzykiem. Małym, zdecydowanie małym, ale jednak muzykiem. I że występowałem na deskach tej samej, co Klenczon sceny – łapskiego „Kolejarza”.

Wow! Teraz to sobie uświadomiłem! Potem tam była akademia. Nie wiem, chyba pierwszomajowa, albo jakaś inna. Były to czasy wielu akademii, trudno je dziś wszystkie spamiętać. Miałem tam zagrać „Ukochany kraj, ukochane i miasta, i wioski”, na dwa akordeony, z koleżanką. Ale koleżanka spanikowała. Jak się uniosła kurtyna i zobaczyła pełną ludzi salę, wbiło ja w scenę jak słup. Ani ręką, ani nogą nie ruszyła. Palcami po klawiaturze też nie. No to ciągnąłem ten „Ukochany kraj” sam, od początku do końca.

Entuzjazm! Wzbudziłem prawdziwy entuzjazm. Ja, może ośmioletnie dziecko wzbudziłem entuzjazm na tej samej scenie, na której entuzjazm wzbudzał Krzysztof Klenczon. Myślę, że mogłem wtedy na moment poczuć się gwiazdą. Co z tego, że tylko w Łapach.

Był bis. Oczywiście, że  był bis, na który zagrałem „Na granicy jest strażnica”, czy jakiś inny równie głupi kawałek. A potem wyruszyłem w trasę. Do Uhowa, wioski, dwa kilometry od Łap, gdzie zagrałem na kolejnej akademii w domu kultury. Ale tym razem sukces był bardziej umiarkowany. Chłopów z Uhowa „Ukochany kraj” jakoś nie porwał tak, jak robotniczo-kolejarską brać w Łapach.. Poza tym dom kultury mieścił się obok torów kolejowych. Co chwila przejeżdżał pociąg i to było słychać na scenie. No, nie dało się .urwa w takich warunkach pracować.

Po tym wydarzeniu zaprzestałem działalności koncertowej jako cudowne dziecko łapskiej rodziny. Przeprowadziliśmy się do Białegostoku, a Krzysztof Klenczon przeprowadził się do Trzech Koron. I ja też razem z nim porzuciłem Czerwone Gitary. Dlatego, że to teraz on grał najgłośniej. Zwłaszcza w utworze „Nie przejdziemy do historii”. Ta zgrzytająca gitara. To był czad, kto by pomyślał, że wkrótce w w mojej głowie zagnieździ się gitara jeszcze bardziej zgrzytająca, która zakończy moją miłość do  mojego pierwszego idola.

To stało się w Olecku. Na początku lat siedemdziesiątych. Byłem tam na zimowisku, jeszcze ciągle w grupie dzieci młodszych, ale chodziłem na wieczorki taneczne, na których podpierałem ściany i słuchałem. Głównie pierwszej płyty „Trzech Koron”. Do czasu, aż jakiś chłopak ze starszej grupy nie wrzucił na adapter (tak się wtedy mówiło) płyty, która zmieniła wszystko w moim życiu. Wydoroślałem, zwłaszcza muzycznie, w ciągu pięciu minut.

Nie wiem, skąd ten chłopak miał tę płytę. W Polsce absolutnie nie do zdobycia. Musiał mu ktoś z Zachodu dostarczyć. Pierwszy dźwięk gitary wbił mnie w podłogę i już w tej podłodze zostałem. A potem gitarzysta zasyczał „Foxy Lady”, nie zaśpiewał, tylko zasyczał. I doszło do zdrady. Zdradziłem Klenczona z Hendrixem. Na stałe.

Dziś nie pamiętam tytułu tej płyty Jimiego Hendrixa. Wydaje mi się, że to musiała być jakaś składanka, bo w oficjalnej dyskografii jej nie znalazłem. Pamiętam tylko, że na rozkładówce okładki były zdjęcia Jimmiego z wesołego miasteczka, z takiej kiczowatej, jak w PRL-u  strzelnicy, na której Hendrix był z wiatrówką. Ta wiatrówka strzelała już do końca zimowiska. Nie tylko mnie wbiła w podłogę.

Napisałem miesiąc temu posta pod tytułem „Prawdziwi idole nie starzeją się . Umierają”. Krzysztof Klenczon był prawdziwym idolem. Tego posta piszę w 35. rocznicę jego tragicznej śmierci.Zginął w  USA w wypadku samochodowy, spowodowanym przez jakiegoś pijaka.

A Jimmi. No cóż, paradoks. Właśnie uświadomiłem sobie, że kiedy pierwszy raz uderzył dla nas w Olecku w struny gitary już nie żył. Taki mieliśmy ustrój, że w  w nim z opóźnieniem ożywali idole, którzy w innym  ustroju już nie  żyli. Cud.

3 comments on “Mój Klenczon

  1. goldenbrown
    9 Kwiecień 2016

    Dzięki za ten wpis. Ożyły wspomnienia z tamtych, jakże szalonych i odkrywczych lat 60 i 70-tych.. „Dotknąłeś” żywej legendy, otarłeś się o świat absolutnie wtedy niedostępny dla śmiertelnika. Nic już nie było takie, jak przed koncertem. I ja też miałam wtedy taką sytuację, gdzie otarłam się o „wielki świat”, ale nie muzyczny, lecz filmowy. Zagrałam bowiem epizod w „Niewiarygodnych przygodach Marka Piegusa”. To też było przeżycie🙂

    Lubię

    • kredek
      15 Kwiecień 2016

      Gratuluję roli. To był mój ulubiony serial

      Liked by 1 osoba

      • goldenbrown
        15 Kwiecień 2016

        Dla małego dziecka, jakim wtedy byłam, był to prezent na miarę gwiazdki z nieba🙂

        Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 9 Kwiecień 2016 by in Bez kategorii, dziecko, historia, muzyka, społeczeństwo, wychowanie and tagged , , .

Kategorie

życie umysłowe na facebooku

Follow życie umysłowe on WordPress.com

Kategorie

życie umysłowe na facebooku

Statystyki bloga

  • 527,752 hits
%d bloggers like this: