życie umysłowe

Najlepszy blog o rzeczach oczywistych. Niby oczywistych

Na drugą śmierć Leonarda

Mój Cohen zmarł w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Nie od razu, na raty. Zaczął umierać, kiedy napisał „Dance Me to The End of Love” – swój największy przebój. Dla mnie, muzyczna masakra. Takie granie do dancingowego kotleta. Potem zresztą grali to w każdej knajpie, każdej dziury z muzyką na żywo.

maxresdefault

Potem jeszcze próbował tworzyć coś ambitniejszego, ale w końcu się poddał. Stał się wreszcie popularny, komercja wciągnęła go bez reszty. Kiedy przy każdym oazowym ognisku zaczęli katować Hallelujah pojąłem, że jest trupem.

Ja katowałem Famous Blue Raincoat. Kiedy pierwszy raz usłyszałem „Jest czwarta nad ranem, już kończy się grudzień” i dalej „W New Yorku jest zimno, poza tym w porządku, muzyka na Clinton Street gra na okrągło”, wbiło mnie w taborecik, bo fotela jeszcze nie posiadałem. Recytował  Maciek Zembaty. Jeszcze nie śpiewał. Miał swój kwadrans w Ilustrowanym Magazynie Autorów w radiowej Trójce. Śpiewał Cohen, Maciek tłumaczył w tle piosenki. Ja rozdziawiłem gębę i słuchałem. Była połowa lat siedemdziesiątych. Nikt tego gościa nie znał. Nawet w Kanadzie. Zembaty wkrótce sprawił, że mało znany w świecie Cohen właśnie w Polsce miał najliczniejszą rzeszę fanów. Głównie wśród studentów, młodej inteligencji i ludzi kultury.

tumblr_nejhlu7p4j1tdp2jao1_500

Tutaj w towarzystwie noblisty. Niezłe jaja

Na następne kilkanaście lat Cohen stał się częścią mojego życia. Bardzo ważną. Kupiłem gitarę, nauczyłem się na niej grać. Resztę rozwiązywał Cohen. Pomagał wzbudzić zainteresowanie dziewczyn (i to jakie!), wyróżnić się w środowisku, nawet znaleźć pracę, bo dzięki niemu wybrali mnie hipisi, żebym im pomagał pozbywać się licznych uzależnień.

No to pomagałem, między innymi śpiewając  Cohena. Aż do lat dziewięćdziesiątych, kiedy okazało się, że hipisów już nie ma, a Cohen stał się gwiazdą grającą muzykę do kotleta.

Teraz umarł drugi raz – fizycznie. Nie była to dla mnie już żadna trauma, bo psychicznie już dawno nie żył. Z tej okazji przesłuchałem trzy pierwsze płyty Leonarda. Absolutnie rewelacyjne! Jeśli ktoś nie wie dlaczego, nie obejrzy te fragmenty z festiwalu na wyspie Withe z 1970 roku. Kiedyś na YouTubie był cały jego występ, ale zostały już tylko te utwory. Wystarczy, że by zrozumieć, ze tamten Leonard już od dawna  nie żyje.

 

PS. Zapomniałem dodać, że Leonard zmusił mnie również, żebym pojechał na Clinton Street w New Yorku i odwiedził Chelsea Hotel

4 comments on “Na drugą śmierć Leonarda

  1. SJS
    12 Listopad 2016

    Zazdrość?

    Lubię

  2. dee4di
    12 Listopad 2016

    Dla mnie był ważny całe życie. Byłam na jego koncercie w 2012 i rzucił mnie na kolana. To, że grają go do kotleta mi nie przeszkadza. Mój Cohen jest ze mną zawsze

    Lubię

  3. Szkoda, że już nie będzie nowych pieśni Leonarda Cohena. Muszą nam wystarczyć te dotychczas przez niego stworzone…

    Lubię

  4. Jaś
    15 Listopad 2016

    Był zawszeobecny w moim dorosłym już życiu i tak już chyba pozostanie, To prawda że dawny Cohen ,ten z czasu buntu 1968 i hippisów był jakby bardziej autentyczny i ciekawszy.,ale „kotlet był też strawny”.

    Liked by 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Information

This entry was posted on 11 Listopad 2016 by in Bez kategorii.

Kategorie

życie umysłowe na facebooku

Follow życie umysłowe on WordPress.com

Kategorie

życie umysłowe na facebooku

Statystyki bloga

  • 550,746 hits
%d bloggers like this: